16 gru 2016

Atak zimy

Wyprawa do Denver okazała się wyzwaniem nie tylko pod względem sportowym. Po pokonaniu przez koszykarzy TrailBlazers Thunder, stan Oregon dopadł atak zimy, który sparaliżował stolicę. Na szczęście miejscowe lotnisko (podobno najsprawniejsze na globie) działało i drużyna jakoś przemieściła się na kolejny mecz. A tuż za nią nasz redakcyjny obserwator, który zajął honorowe miejsce tuż nad ławką rezerwowych (patrz: czerwone kółeczko).

"Zwycięskiej piątki się nie zmienia". Zgodnie z tą zasadą mecz w Denver rozpoczął Noah Vonley osobiście wypuszczony przez polskie wsparcie.
Konfrontacja rozpoczęła się od obustronnej, koszykarskiej wymiany ciosów. Zwycięsko z niej wychodzą gospodarze trafiając 4 razy za trzy. Szybko objęte prowadzenie 29:15 podłamuje i tak, zwątlone perspektywą odśnieżania dojazdu do garażu po powrocie do domu, niskie morale Blazers. Nadludzką energię wykazuje jednak Mason Plumlee, który - dokładnie nie wiadomo z jakich powodów - jest w ostatnich meczach: i efektywny, i efektowny. Zbiera nawet na atakowanej desce, popisuje się wsadami, przechwytami, blokami. W połowie pierwszej kwarty praktycznie sam przeciwstawia się "bandzie Bartona". Na niewiele się jednak jego wysiłki zdają, bo reszta teamu zupełnie traci skuteczność. W obronie wracają stare błędy, i Denver zdobywa już w tej fazie gry 38 punktów.


Co gorsza w drugiej odsłonie sytuacja się powtarza. Blazers głównie pudłują, a po drugiej stronie kosza biernie przyglądają się skutecznym Nuggets, prowadzonym przez Włocha Gallinari. Po pierwszej połowie na koncie gospodarzy jest już 74 punktów i solidna przewaga.


W przerwie dochodzi w szatni do męskiej rozmowy, ale odrobić stratę blisko 20 punktów z solidnie prezentującym się na własnym parkiecie Denver nie należy jednak do zadań łatwych. Szczególnie, że każdy ognik nadziei gasi Will Barton, któremu żal w sercu za pozostawieniem stanu Oregon pozostanie do końca kariery.


Blazers kilkakrotnie w drugiej połowie zbliżają się na dystans 10 punktów, ale ani razu nie udaje się tego deficytu przekroczyć. Na rzęsach staje Damian Lillard, ale jego 40 punktów w tym meczu zda się jak psu na budę.
Trzeba przyznać, że mimo tej przewagi losy meczu ważą się do ostatniej minuty. Ostatecznie hala pustoszeje ze smutnym sztabem drużyny Terry Stottsa pozostawionym samym sobie. Na powrót Blazers do dodatniego bilansu trzeba będzie jeszcze poczekać, aczkolwiek wsparcie i wskazówki jakie zostały przekazane podczas grudniowej wizyty przyniosą wymierne efekty szybciej niż się po dzisiejszej porażce spodziewamy.

5 komentarzy:

  1. Kicha. Nawet widoczność z 1 rzędu kicha. Generalnie kicha

    OdpowiedzUsuń
  2. Kicha. Nawet widoczność z 1 rzędu kicha. Generalnie kicha

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale widziałeś ławkę naszych z bliska, może coś więcej o atmosferze w ekipie;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czemu mi się te posty dubluja ?

    OdpowiedzUsuń
  5. pdxpl17:30

    nie mam pojęcia, coś szwankuje, mi np. czasami usuwa już napisany i zaakcpetowany

    OdpowiedzUsuń