18 gru 2016

Portland-Denver w 5 dni



Blazers przegrywają w bardzo złym stylu. Zanim obejrzymy kolejną część tej drogi przez mękę, coś na nasze grudniowe smutki. Relacja @lucero z jego kolejnego wypadu za ocean, którego zazdrościmy mu za każdym razem coraz bardziej i bardziej. Tego nie dowiesz się z League Passa


Przyznaje się bez bicia. Gdyby nie fakt, iż musiałem być jeden dzień w USA w sprawach osobisto-
służbowych to bym nie poleciał. Pierwszy plan był zresztą już upubliczniony- seria wyjazdowa po
środkowych Stanach. Nawet byli chętni z tutejszego blogu, ale wyniki ich zniechęciły. Dla mnie dobrze się stało, iż odwlekałem decyzje ponieważ akurat w tym okresie byłem pilnie potrzebny w innej części globu i wyjazd by całkowicie nie doszedł do skutku. 

Próba numer dwa. Clippers, Oklahoma i Denver. Wszystko w 5 dni w tym owe moje spotkanie, które
gdzieś musiałem zaplanować a na pewno nie mogło być to zachodnie wybrzeże. Ceny biletów- mam zasadę, iż nie latam za więcej niż 2tys złotych. Niestety teraz był to cennik nierealny. Dodatkowo nie latam przez Amsterdam (obraziłem się) i ilość możliwości także spada. Było więc ciężko, ale po 2 dniach kombinowania udało się znaleźć coś w nierealnie niskiej cenie (z Paryża) lądujące i odlatujące później z DENVER. No lepiej być nie mogło więc BUY.

Oczywiście zostaje jeszcze lot do Paryża. Jest jednak tania irlandzka linia, która podobno lata bez paliwa jak pewien kolumbijski przewoźnik. Nie ma jednak wyjścia- lot o 6 rano, później trzeba ekspresowo przejechać do CDG i sprawa załatwiona. Lot Paryż->Washington- >Denver. Spotkanie służbowe w stolicy USA a później lot do LA, tam meczyk na żywo albo od razu podróż do Portland i meczyk w knajpie. Postanawiam, iż jak znajdę fajny bilet do 40$ w LA to obejrzę na żywo a jak nie to lecę od razu do Portland, ponieważ mówiąc szczerze najlepiej to czuje się właśnie w klimatach wspólnego oglądania knajpkowego a już kilka opcji w mieście mam.

To tyle planów. Pisałem, iż lot o 6 rano? Nie zdążyłem. Więc bilet przepadł a wszystko się skomplikowało…Godzina 12, a więc wylot samolotu z Paryża dostaje e-mail, iż odlot jest opóźniony. Niewiele to jednak dla mnie oznacza. Po godzinie robi się już jednak nadzieja, ponieważ United przy 90 opóźnieniu pozwala na zmianę daty wylotu. No i o godzinie 14 mam już taką opcję- zmieniam więc będąc w Polsce lot na następny dzień i chociaż komplikuje to cały plan i zawęża do dni 4 to lecieć trzeba. Tym razem bilet na drugiego taniego przewoźnika. Lot o 6:00

To tyle planów. Pisałem, iż lot o 6 rano? Nie zdążyłem, tym razem jednak przez żartownisia na bramkach bezpieczeństwa. Gdyby nie ochrona to bym go zlinczował. Ja %##^#^#%$## Awaryjnie musiałem skorzystać z naszego LOTu, bo w USA by mnie już chyba zjedli za odwołanie trzeci raz spotkania. Tym razem zdążyłem, ponieważ daleko nie miałem. Trzeba było tylko przejść przez bramki. W Paryżu wszystko idzie jak po maśle, dopominam się jeszcze o Biznes Class bo przecież ja tu proszę Pana od wczoraj siedzę na lotnisku przez to Wasze wczorajsze opóźnienie, ale niestety nic nie wskórałem. United mnie nie lubi jakoś, nigdy mi nic nie dali. Plusem jest to, iż wylot do USA z Paryża to bułka z masłem w porównaniu do tego, co dzieje w Amsterdamie. Odradzam z całego serca, tam jak nie traficie na kontrole osobistą to i tak przepytają Was z całego zycia….

W każdym razie lece
Lot dreamlinerem. Powiem szczerze, iż ja żadnej różnicy nie widzę między nim a innymi samolotami. Wszystko tak samo a jakieś tam ciśnienie i przyciemnione szyby to bajery, które według mnie nic nie pomagają. W samolocie generalnie luz więc wszystko idzie ok.
W Washingtonie spotkanie, podziękowanie z przyjazd, przeprosiny za dwa przełożenia i można zacząć operację Blazers.
Pierwszy krok to podróż do Denver na starym jeszcze bilecie. Wszystko przebiega bez problemów i w Kolorado jestem o czasie. Oczywiście do meczu zostało już tylko dwie godziny więc zostaje opcja zobaczenia go w jakiejś knajpce. Przyznam szczerze, iż miasto naprawdę wygląda fajnie i przyjaźnie. Hotele w downtown także w rozsądnych cenach, więc wszystko wygląda ok. Wybieram przez Internet jakąś knajpkę, wzywam Ubera i za 10 minut melduje się w jakiejś miłej spelunie. Przy kurczaczku oraz piwku delektuje się pojedynkiem z Clippers, który o dziwo dostarczył nawet jakiś wrażeń. Powrót do hotelu o godzinie 24 a lot do Portland (przez LA) o 6 rano. Wiecie już czym to grozi.
Tym razem jednak nie zaspałem. Z prostego powodu- nie poszedłem spać. Trochę zawirowań giełdowych powoduje, iż musiałem do rejonów 4 rano obserwować to i tamto. Nieszczególnie tylko wiem, po co wydałem na hotel, jak to samo mogłem robić na dworcu/lotnisku/barze. Trudno
Minusem fakt, iż snu nie uskuteczniłem już grubo ponad 24 godziny
Na lotnisku w LA zajadam śniadanko (o dziwo nawet smaczne, co zdarza się w przypadku śniadań tutaj dosyć rzadko) i za 2 godzinki lot do Portland, którego zdjęcie już widzieliście przy okazji meczu z Oklahomą.
Portland wita mnie słońcem i całkiem miłą temperaturą. Oregonskie lotnisko od kilku lat jest najlepszym portem lotniczym w USA a plotki, iż lepsza jest Indiana włóżcie między bajki. Wsiadam do czerwonej linii tramwajowej i z uśmiechem na ustach udaje się do swojego apartamentowego hotelu, który znalazłem kilka minut wcześniej. To mój drugi raz, kiedy śpię w centrum a nie w rejonie lotniska. Hotel naprawdę fajny, przez chwilę można się było poczuć, jakby się miało mieszkanie w Portland.
Bilecik na meczyk- wybieram sektor za koszem, rząd KK czyli praktycznie przy parkiecie w dobrej według mnie cenie. To chyba kwestia braku snu, bo wydawało mi się, iż wybrałem blisko ławki Blazers, ale okazało się wręcz przeciwnie a już miałem w planach zrobić sobie zdjęcie z Allenem i dać go jako hit na swojego twittera. Później już mniej żałowałem, bo właściciela Blazers i tak na meczu nie było, trzeba pracować na pensje dla naszej ławki.
Widoczność z sektora KK naprawdę fajna, towarzystwo minimalnie emeryckie, ale i tak było fajnie. Spotkanie okraszone było okolicznościowymi koszulkami, których sztuk mam 2 dla piszących owego bloga. W Moda Center zmieniło się niewiele, oprócz tego, iż hale zdominowały akcenty Star Wars. Moje miejsce było idealne do tego także aby oglądać nasz zespół taneczny…. W Polsce mamy ładniejsze dziewczyny. W przerwie meczu dostaje raport papierowy po pierwszej kwarcie, o dziwo sam przebieg spotkania też udany i po lekkich zakupach w sklepiku powrót do hotelu, aby w rejonie 36 godziny załapać trochę snu.
Co tutaj robić z jednym dniem przerwy w podróży? Planuje wziąć samochód, ale jednak postanawiam odpocząć i po prostu posiedzieć w samym mieście. Zmieniam tylko hotel, bo znalazł się jeszcze lepszy w samiutkim centrum miasta, dodatkowo przy moich ulubionych budkach jedzeniowych. Pojawia się natomiast duży problem z biletem lotniczym do Denver. O ile podróż DENVER-PORTLAND zrobiłem normalnymi liniami w cenie dwóch biletów miesięcznych na komunikację w Warszawie (a może i mniej bo nie mam biletu miesięcznego) to w drugą stronę jest już zdecydowanie gorzej. Kombinuje przez LA i nic. Kombinuje przez Pheonix ☺ też nic. Kombinuje lecieć z Seattle. Też nic. Koniec końców jestem zmuszony lecieć linią FRONTIER (to tani przewożnik) w naprawdę mało taniej taryfie. Mój błąd bo mogłem jednak zakupić bilet trochę wcześniej. Jest też opcja, aby pojechać samochodem (14 godzin), ale na szczęście rezygnuje z tego pomysłu.
Owe szczęście to kwestia pogodowa. To, co zaczęło się dziać w Portland mniej więcej od godziny 14 to dramacik. Sam wyłożyłem się na chodniku trzy razy a to co działo się na ulicach lodowiskach to nie da się opisać pomimo tego, iż wszystkie samochody miały łańcuchy na kołach. Miasto zostało totalnie sparaliżowane i chociaż pojawiły się smiechy iż wystarczyło 3in śniegu to problemem była temperatura a nie śnieg, robiąca z Portland największe chwilowo lodowisko świata. Autostrady zostały zamknięte, więc gdybym z miasta wyjechał na wycieczkę to już bym nie wrócił. To samo, gdybym chciał wyjechać do Denver.
Pomimo tego czas w Portland mija miło a o poranku jedynym zmartwieniem będzie czy ruszy linia tramwajowa na lotnisko i czy samo lotnisko będzie działać. Po kilku godzinach wiem, iż obie kwestie są pozytywne. Pozostaje tylko ten Frontier, którym trochę się obawiam lecieć w taką pogodę.
Nie było tak źle w tym samolocie, chociaż stewardessa mówiąca „nasz lot do Denver potrwa….hmm… nie wiem, ile potrwa, zaraz zapytam kapitana” była zapowiedzią bardziej śmiesznego lotu. Frontier ma też iście tragiczne fotele, które nawet nie są fotelami tylko jakimiś plastikowymi popierdułkami. Przed lądowaniem jeszcze nas nastraszono, iż „lądowanie będzie ekstremalnie trudne” i już po tych wszystkich emocjach można się było cieszyć denverską ziemią.
Na lotnisku chciałem sobie sprawdzić godzinę meczu Blazers i wchodzę na portal stubhub, gdzie zakupiłem dzień wcześniej bilet. Biletu jednak nie ma. Nie wiem jak ja to zrobiłem, ale finalnie wejściówki nie mam.
Jeżeli chodzi o wejściówki to tym razem za cel obrałem sobie ławkę Blazers. Ceny od 60 do 100$, więc wydaje mi się, iż to dobry cennik. Jest rząd AA, czyli pierwszy pierwszy, gdzie dotykasz garnituru Stottsa, ale zakup obsługuje jakaś dziwna strona, która nie przepuszcza mojej karty płatniczej. Ide więc dwa rzędy wyżej do numeru 1 i tutaj już bez problemów. Teraz kolejka i do hotelu
Jest 4 godziny do meczu więc prysznic i na miasto, aby coś zjeść. Czujnie zostawiam wyładowany telefon w hotelu, aby się ładnie naładował przed spotkaniem, co by zrobić sporo zdjęć i filmów
To co mnie tutaj najbardziej zaskoczyło to temperatura. Myślałem, iż w DENVER to zima a tutaj plus 15 stopni. Rozbieram się więc do koszulki i zakładam na nią Portlandzką. Jest akurat. Szybkie zwiedzanko i potwierdzam wcześniejsze obserwacje. Ładnie i przyjaźnie tutaj. DENVER to też miasto które ma według mnie linię autobusową z najczęściej kursującymi autobusami ☺ I to jeszcze darmową.
Zajadam steka (nie był to jednak dobry stek) do meczu jakieś 75 minut więc wracam do hotelu zabrać telefon i udaje się na halę. Mój super naładowany telefon jest jednak nie naładowany, ponieważ trafił do złego gniazdka. Z 15% energią udaje się do Pepsi Center a obiecałem się jeszcze odezwać do fanów Denver w kwestii koszulki ☹
Sama hala niby taka jak wszystkie, ale jak siadam na swoim miejscu to rozczarowanie jest duże. Nie widać wiele, oczywiście poza dobrą obserwacją ławki Blazers. Już tak kiedyś miałem w hali Indiany, ale później w Moda Center zmieniłem zdanie. Teraz wraca koszmarek- o wiele lepiej siedzieć kilka rzędów wyżej (10-11) a nawet w sektorach położonych w srodku hali. Plusem mojego miejsca opróćz dobrego widoku na ławkę to także publika. 80% z Portland a więc człowiek szuje się fajnie. Inna sprawa, iż wielu radości w tym meczu nie mieliśmy. Dla fanów Denver mam zła wiadomość. O ile w TV to jeszcze jakoś wygląda tak na żywo pustki w hali naprawdę spore. Na wyższe sektory to powinni rozdawać bilety za darmo. Tak to chyba Denver szybko nigdzie nie dojdzie. Całkiem fajna jest natomiast maskotka, która przyjaźnie przechadza się po hali i jest ogólnie sympatyczna w przeciwieństwie do tego debila z Memphis.
Całkiem niezły numer zrobiłem także w barze, gdzie z przyzwyczajenia zamówiłem Cole. Mina gościa w Pepsi Center wymowna a ja też dopiero po chwili załapałem o co chodzi.
Mecz bez historii, trochę pooglądałem jak w rzeczywistości zachowuje się ławka. Stotts załamany generalnie, za to Ezeli uśmiechnięty od ucha do ucha.
Jeszcze trochę zapominania o tym meczu w pubie i jutro lot do Francji. Myślałem przez chwilę jeszcze, iż załapie się na dzien w SF i może na mecz, ale niestety wtedy kiedy trzeba to overbooking nie działa a już miałem praktycznie zaklepane 400$ od United i zdecydowanie bardziej pasujący mi lot następnego dnia, który ułatwiał później lot do Polski. Niestety się nie udało a na dodatek siedziałem przy takim debilu w samolocie, ze też chciałem go znokautować mniej więcej od 2 godziny lotu.
I tak to było tym razem.
Tymczasem po 15 stopniach w Denver dwa dni później zrobiło się tam minus 20









3 komentarze:

  1. PrzemoW23:21

    Muszę kiedyś odwalić coś takiego :) Zazdroszczę !!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy07:54

    Nie wiem czemu z telefonu nie moge dodac komentarzy.
    Calkiem przyjemna trasa wydaje sie:

    Paris - NY (stad gdziekolwiek), Seattle - AMS

    Karol PTB

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy10:40

    Btw. Lucero mógłbyś napisać, jakie hale odwiedziłeś w swojej bogatej historii wypadów na mecze?

    Karol PTB

    OdpowiedzUsuń