28 sty 2017

Touchdown?

Jak widać oczekiwania co do drugiej części sezonu są różnorodne nie tylko wśród naszych komentatorów, ale także w samym Moda Center. Koszykarze, jak na razie, odpowiedzieli na niektóre sugestie serią trzech zwycięstw. Chociaż z Grizzlies, jak to z niedźwiadkami, znowu było pod górkę.

Pierwsza połowa zapowiadała bezproblemowe zwycięstwo. Prowadzenie nawet 18 pkt, a przede wszystkim zbilansowany atak i całkiem przyzwoita obrona. Goście już z Mikem Conleyem potrafią jednak wykorzystać każdy przestój i każdą słabość rywala. Stąd ich całkiem przyzwoity (to Blazers mieli taki mieć), jak na kłopoty kadrowe, bilans. Straty odrobili szybko i w czwartej kwarcie wyszli na prowadzenie. Końcówka więc była nerwowa, ale tym razem wreszcie szczęśliwa.
Zafunkcjonowały w końcu dwa elementy, które miały być atutem Blazers w tym sezonie.
Po pierwsze wpadały trójki: 16 celnym rzutów, na skuteczności blisko 50%. Trafiali i Lillard i Crabbe i Turner, a nawet Aminu. Jedną jeszcze dorzucił Leonard, który po raz kolejny zagrał słaby mecz.
Po drugie - Damian Lillard. W końcu pokazał się w kluczowym momencie gry. W ostatniej kwarcie rzucił 15 punktów, w tym trzy "trójki". Abstrahując od jego dwóch dziecinnych strat, szczególnie tej na kilka sekund przed końcem meczu, można w końcu napisać, że pomógł Blazers w zwycięstwie.
Końcowy wynik - stosunkowo na rywalizację z Memphis wysoki - do końca był niepewny. Udało się jednak wybronić ostatnią akcje po głupiej stracie i można się szykować na niedzielne starcie z GSW.

12 komentarzy:

  1. Gdyby Lillard zrobił taki numer w Polsce to by nie było wątpliwości że sprzedał mecz

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale CJ walnal tekst na Twitterze do Parsona. Leżę.... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy12:13

      można cytat... :)

      Usuń
    2. Jest obok na Twitterze ;)

      Usuń
  3. Lillard te głupawe straty jakby dodał do swojego repertuaru. Do tego kolejny raz dali się dogonić, to też nie dobrze. Oraz żyjemy dzięki trójkom, to też taki średni znak. Ale generalnie Grindersi to jest trudny przeciwnik dla każdego i zajebiście, że ich pokulaliśmy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Behemot13:08

    To były dobre czyste trójki, tak mają grać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy16:18

    Witam, dla znających angielski zachęcam do przeczytania obszernego artykułu w którym jest świetnie przeanalizowana obrona CJa i Lillarda.

    http://basketball.realgm.com/analysis/244721/Lillard-McCollum-And-Portlands-Lack-Of-Flexibility

    iro

    OdpowiedzUsuń
  6. Behemot16:46

    Nie wiem, czy zauważyliście w jednej z przerw w sekcji "Where in the world?", gdzie kibice pozują w ciekawych miejscach w koszulkach Blazers, pokazali gościa na tle piramidy w Chichen Itza w Meksyku, a podpisali Machu Picchu. Ech Amerykańce. Może dlatego, że miał czapeczkę, a nie koszulkę ;P

    OdpowiedzUsuń
  7. Artykuł ciekawy. Tym bardziej ciekawy, że wynika z niego, że CJ i Lill ponoszą całą odpowiedzialność za blazowatą obronę. Tym bardziej bardziej to ciekawe, że ostatnio w jakimś podcascie ktoś wspomniał, że w obronie obręczy jesteśmy na drugim miejscu w lidze. Więc o co cho? Jacy wysocy obrońcy? Gdzie kucharek sześć, trzeba oddać jednego. Ale rzeczywiście ciężko się zdecydować, którą dziewczynę rzucić. Obie piękne, obie głupie i obie świetnie gotują.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zostawmy tą z większymi cyckami

    OdpowiedzUsuń
  9. Sęk w tym, że nikt nie wie, która ma większe cycki, bo tej drugiej nagle zaczęły rosnąć.

    OdpowiedzUsuń
  10. Sosna198212:24

    Wczoraj obejrzalem sobie szosty mecz finalu 1977 z Philadelphia i musze przyznac ze kibicow to Blazers od zawsze mieli najlepszych. Natomiast rozgrywanie koncowek przez ta mistrzowska ekipe to padaka jakas. Mieli szczescie ze nie bylo linii za 3 punkty.

    OdpowiedzUsuń