Niestety powtórzyła się historia z meczu numer 3. Blazers znów roztrwonili sporą przewagę i przegrali drugi mecz na własnym parkiecie. 1:3 i wszystko w tej serii zmierza ku spodziewanemu finałowi.
Znakomite 24 minuty Blazers do przerwy. Szalone tempo, intensywność, twarda obrona. Zatrzymali Spurs na 35 % z gry. Jrue Holiday prowadził Rip City do 17 punktów przewagi. Po przerwie powrót koszmaru, czyli brak skuteczności, strach przed rzutem, straty. Przebudzony Wembanyama i Spurs zaczęłi runem 13:0. To był przełom. Blazers gaśli z każdym posiadaniem. Czwarta kwarta zaczynała się jeszcze złudnym remisem, by przerodzić się w przygnębiającą egzekucję. Odpowiedź San Antonio była brutalna. 114:93. Są pierwszym zespołem, który w historii playoffów, przegrywając do przerwy +15, skończył mecz przewagą +15. Są cholernie mocni, większość ekip po takim laniu w pierwszej połowie już by się nie otrząsnęła.
Nie da się playoffach nic ugrać, robiąc to tak nierówno. Pół meczu bardzo dobre, pół katastrofalne. Jrue Holiday dopóki wystarczyło mu sił był zjawiskowy, Deni Avdija najlepszy w tej serii, Grant z przebłyskami. Reszta poniżej playoffowych standardów.
W środę o 3.30 o to, by nie zatrzeć dobrego wrażenia z tego sezonu







