7 paź 2014

Lillard - Matthews versus...

Damian Lillard & Wesley Matthews
Damian Lillard w przerwie podczas trzeciego dnia treningów, na pytanie dotyczące ostatnio gorącego tematu: kto tworzy najlepszy backcourt w lidze, oprócz: to ich opinia stwierdził naturalny fakt, który w dobie super maszyny San Antonio Spurs bardzo mocno musi walczyć o swój byt:

Drużyna zmierza dokładnie tam, gdzie guardzi, gdzie backcourt, bo to my mamy piłkę.
9 asyst Borisa Diawa mogło się zadławić. W lidze są jedni Spurs i Ci jedni Spurs grają koszykówkę niedostępną przynajmniej dla 26-27 zespołów w lidze, ale z punktu widzenia czystych zasad gry, logiki czy wielu posiadań ofensywnych rozpoczętych pod własny koszem Lillard ma rację. 

To nic specjalnego. Oczywistość, którą potwierdzają wyjątki takie jak Spurs czyli jeden wielki zawodnik czy Miami Heat, gdzie Mario Chalmers zwłaszcza w playoffach 2014 robił sobie żarty z pozycji rozgrywającego w koszykówce.

Pomimo filozofii Spurs i tego gdzie do jasnej anielki był Chalmers w playoffach, to i tak dla obu drużyn w większym (Parker) i w mniejszym (Chalmers) stopniu Ci gracze byli i są niezastąpieni. Bo przecież Tony Parker przez każdą z rozegranych 2 tyś. minut był w Top5-7 rozgrywających w NBA, a Mario Chalmers w teamie z 3 gwiazdami miał więcej kontaktów z piłką niż każdy kto nie nazywa się LeBron James.

Nie odważę się stwierdzić, że bez dobrego rozgrywającego zespół ma mniejsze szansę na zdobycie mistrzostwa czy szeroko pojęty sukces, ale posiadanie w drużynie wyróżniającego się point-guarda na pewno nie przeszkadza, a zwiększa szansę na zrealizowanie wcześniej założonych celów.

Bo chociażby w gronie ostatnich 14 mistrzów NBA, każdy zespół posiadał co najmniej jednego rozgrywającego z więcej niż średnimi umiejętnościami. Możemy się kłócić czy był nim wspominany już Mario Chalmers, ale #efektLeBrona.

A to tylko połowa sławetnego ostatnio backcourtu. Co z rzucającymi obrońcami?

Na wcześniej podanym przykładzie podobnie jak z point-guardami w każdej drużynie znajdował się co najmniej jeden nieprzeciętny strzelec/obrońca z pozycji numer 2. Prawdopodobnie najgorszy zestaw mieli Mavericks 2011, ale z drugiej strony 17 punktów i 44% za trzy Jeta Terry’ego wystarczy, żeby jeszcze bardziej zapomnieć o DeShawnie Stevensonie.

To jakaś tam teza, którą łatwo możesz obalić: a bo mistrzowski team musi być zbilansowany, nie może mieć dziur itd, ale nie o udowadnianie jej tutaj chodzi, a o to jaką rolę w dzisiejszej koszykówce pełni obwód. Bo, że dużą to my wiemy, ale jak? 
Jaki wpływ na drużne ma backcourt? Co dzieje się z drużyną gdy połowa z podstawowego obwodu jest na ławce? Co gdy to rezerwowy unit gra na obwodzie? Ile czasu przy piłce spędzają obydwaj niscy gracze?

To tylko kilka prostych pytań, ale im dalej szukasz, tym coraz częściej i szybciej pojawią się następne i następne i następne…

Nie chcę udowadniać, że backcourt A jest lepszy od Backourtu B, ale przyjrzeć się ile znaczą podstawowe obwody dla swoich drużyn i jak wypadają na tle innych. Nie obejdzie się też bez duetu z Portland. Tutaj chciałbym sprawdzić gdzie w lidze znajduje się para Lillard - Matthews, jaki dystans dzieli ich od topowych backcourtów (a może już w nim są?), kogo wyprzedają, z kim mogą się równać, a kogo muszą gonić i jaką - jeśli w ogóle była - mieli przewagę nad parą z Houston przed i w trakcie pierwszej rundy playoffów 2014.

… bo to my mamy piłkę.
Wskaż drużynę/drużyny w której/których najwięcej czasu przy piłce spędza inny gracz niż rozgrywający. Bez sprawdzania cisną mi się Miami Heat i Oklahoma City Thunder, Houston Rockets i Los Angeles Lakers ze zdrowym Bryantem. Co mówi SportVU?

Że owszem w erze LeBronowskiej w Miami to James dominował piłkę (5.1 min na mecz), że w Oklahomie Russell Westbrook potrzebował tylko 46 meczów by kontrolować piłkę prawie dwukrotnie dłużej niż Durant, że Kobe, Steve’a Blake'a zdetronizował w zaledwie 6 meczach (5.5 min na mecz), a James Harden dzięki izolacjom miał piłę w rękach przez prawie 5 minut w każdym meczu.

W związku z tym, że w sezonie regularnym każda drużyna średnio przez 19 minut grała swoje posiadania w ofensywie, jak długo przy piłce znajdowali się podstawowi gracze backcourtu? W której drużynie to oni dominowali, a w której ciężar gry rozłożony został na całą piątkę graczy?

teams backcourt possesion.jpg

NBA.com

Brałem pod uwagę podstawowe backcourty 16 najlepszych drużyn ubiegłego sezonu, a także ten z Cleveland i Phoenix. Podstawowe czyli takie, które docelowo miały przez cały sezon wychodzić w pierwszej piątce. Wyjątkiem są Chicago Bulls, bo 10 meczów Derricka Rose’a to po prostu za mało.

Rzuca się w oczy dominacja duetu z Phoenix i potwierdza się jak zespołowo grali San Antonio Spurs. Na podstawie tabeli możesz stwierdzić, że podobnie było w Oklahomie, Chicago i Atlancie , ale odpowiednio; ponad 90% czasu należało do Westbrooka podobna rzecz działa się w Bulls i to Hinrich miał więcej piłki, a Kyle Korver równa się spot up shooter, czyli jak najszybszy release i dużo biegania (3,8 kilometra na mecz).

Damian Lillard i Wesley Matthews nie zdominowali swojego teamu, aż tak bardzo jak para z Phoenix, Toronto czy Waszyngtonu. Tutaj swoje dorzucił Nicolas Batum, który często zabierał się za rozegranie piłki. Nie w sytuacjach stricte przeznaczonych dla playmakerów, ale ile razy oglądaliśmy jego pick&rolle z Lopezem? To też warte odnotowania, że Lopez jedną piątą rzutów trafiał po podaniach Batuma.

Minuty przy piłce to jedna strona medalu. Druga to jak podczas tego czasu efektywni byli obydwaj gracze.

Możemy ich podzielić na dwie grupy: rozgrywających i rzucających obrońców i na podstawie charakterystycznych cech dla danego zestawu ocenić, który gracz b najbardziej produktywny. Oznaczałoby to sprawdzenie np.  ile asyst zalicz dany point guard, a w przypadku graczy z pozycji numer dwa jak skuteczne były ich rzuty.

Oczywiście nie mogłoby zabraknąć oceny obrony poszczególnych graczy z odpowiedniego backcourtu, a potem jak zachowują się w defensywie gdy razem przebywają na parkiecie. Jednak problem tkwi w tym, że dopóki ktoś mądry nie wpadnie na pomysł jak określić to innymi statystykami i bardziej dokładnymi niż te do których aktualnie mamy dostęp, tak najbardziej miarodajnym systemem oceny defensywnych umiejętności pozostanie stary dobry eye-test.

Pójdźmy dalej. Nie tylko ile asyst per mecz czy ile procent z gry ma ten i ten gracz. Sprawdźmy jaki procent podań rozgrywającego mógł zakończyć się asystą czyli zdobyciem punktów oraz jak ważni dla swoich drużyn w ofensywie byli - już bez podziału - wszyscy gracze.

assist percentage.jpg NBA.com

Blisko 30% wszystkich podań Stephena Curry'ego mogło kończyć się zdobyciem punktów. Analogicznie jedną czwartą przekroczyli Westbrook i Chris Paul. Blisko byli Jeff Teague i John Wall, który podawał mniej razy tylko od Paula i Kemby Walkera (15.7%) Jak wypadł Damian Lillard?

W porównaniu z czołówką rozgrywających ligi - słabo. W porównaniu z całą 18 - przyzwoicie. Musimy pamiętać, że gra Lillarda cierpi przez brak rozwiniętej umiejętności kreowania partnerów, nie ma hmm… tej iskry i przeglądu pola jaki posiadają Chris Paul i Tony Parker, zdrowy Deron Williams. Być może Westbrook z Currym, nawet John Wall wydaję się być lepszym kreatorem od Lillarda, podobnie Dragić czy Mike Conley.

Pod uwagę należy wziąć także systemy ofensywne i filozofie trenerów drużyn w których grali gracze z wykresu. Lillarda może nieco usprawiedliwić - po raz drugi - rola Nicolasa Batuma oraz lineupy z Mo Williamsem, gdzie Lillard co prawda wciąż podawał piłkę, ale nie jako główny dyrygent akcji, a jeden z jej elementów. Ale im bardziej przypominamy sobie grę Lillarda z ubiegłego sezonu, tym bardziej dostrzegamy w czym tak naprawdę tkwi problem.

To sztuka zbilansować swoją grę, aby zarówno rzut i kluczowe podanie zostały rozłożone mniej więcej po równo. Wiele zależy także od dyspozycji partnerów, ale żaden gracz z czołówki playmakerów (Paul, Curry, Parker) nie może narzekać na słaby support. To co nie pozwoli Lillardowi wejść do Top5 rozgrywających, to dominacja rzutu nad ostatnim podaniem. Lillard rzuca i rzuca i rzuca. Często z absurdalnych pozycji, wybity z rytmu, w pierwszych 5-8 sekundach akcji, po ciężkich stepbackach itd. Jasne, on te rzuty zwykł trafiać, my przywykliśmy do zacierania rączek o 6:30 w crunch time, ale koniec końców to nie było optymalne i najbardziej korzystne rozwiązanie dla drużyny.

Nawet jeśli Blazers wygrywają mecz, to i tak 30% z gry Lillarda we właściwym spotkaniu daję się mocno we znaki. A Blazers w tym sezonie nie będą tak nieprzewidywalną ekipą jak rok temu. 

Z tym rzutem Lillarda to nie do końca tak, że jest on w czołówce ligi. Średnia punktów swoją drogą, ale jeśli spojrzymy na to skąd Lillard rzuca i jak jest skuteczny, to na tle innych graczy nie wygląda to zbyt dobrze.

W sezonie 2013/2014, 21 graczy rzucało co najmniej  20 punktów na mecz, 7 z nich na ponad 50% skuteczności. Wśród nich nie było żadnego gracza z Portland - najbliżej był LaMarcus Aldridge z 45.8%. To już wiele mówi o pozycji Lillarda w rankingu.

Z najgorszą skutecznością z gry Lillard zamyka klasyfikację. 42.4% to miejsce w trzeciej setce całej ligi. Odejmując nawet takich graczy jak Adonis Thomas, Vander Blue (?) i im podobnych, którzy zaliczyli krótkie epizody w lidze, pozycja Lillarda nie uległaby dużej poprawie.

Oprócz wyżej wspomnianych mankamentów; selekcja rzutowa itp. Lillard ma jeszcze jedną poważną ofensywą wadę i to ona w dużej mierze przyczyniła się do rozczarowującej skuteczności rzutowej. Lillard słabo kończy akcję pod obręczą - zaledwie 48%.

Już w tamtym sezonie rzutowa niemoc Lillarda w penetracjach była czy to u nas czy na zagranicznych blogach szeroko komentowana. Mówiło się o tym, że Lillard nie potrafi kończyć akcji lewą ręką, co uznawano za główny powód tak słabej gry pod koszem. Pomimo tego Lillard był w czołówce najczęściej wjeżdżających pod kosz graczy (632), pomimo zaledwie 40% w drive’ach zdobywał w ten sposób sporo punktów (461) robiąc to częściej niż LeBron James czy Kevin Durant.

Sam widzi, solidny upgrade najsłabszego elementu ofensywy Lillarda, to korzyść dla obu stron; raz, że Stotts nie będzie się martwił kilkoma przestrzelonymi layupami na mecz, dwa przeciwnicy na dobrego Lillarda pod koszem będą musieli znaleźć sposób. Z drugiej strony jeżeli podczas kilku pierwszych tygodni nie dojdzie do poprawy, to Terry Stotts zostanie zmuszony jasno postawić na swoim i ograniczyć Lillardowi penetracje kończone rzutem.

A jak wygląda to u Wesleya Matthewsa? Ano tak, że drive'y nie stanowiły tak dużego procentu wszystkich jego akcji. Mimo to, wciąż robił to lepiej od Lillarda.

Zresztą Matthews ma zdobywać punkty w inny sposób, ma rzucać za trzy. 39.4% zza łuku to niezły wynik, który do spółki z podobnym procentem Lillarda tworzy pewną opcję w ataku w teamie opierającym swoją grę na rzucaniu. A może być jeszcze lepiej, bo Matthews wchodzi w swój contract year.

Jak dla ofensywy Blazers kluczowi byli iobydwaj gracze? Tutaj link do tabeli, która przedstawia jak wyglądał Effective Field Goals (eFG%) i Offensive Rating (OffRTG) całego zespołu gdy dany zawodnik był na parkiecie i gdy siedział na ławce. W ostatnich dwóch kolumnach znajdziesz różnicę pomiędzy on court i off court danego gracza, która mówi jak ważny dla danego zespołu był odpowiedni zawodnik na parkiecie.

Widzimy jak cierpi atak Blazers gdy nie ma na parkiecie Matthewsa bądź Lillarda. Zazwyczaj bywało tak, że przynajmniej jedn z nich znajdował się na boisku, bo Terry Stotts nie mógł sobie pozwolić na grę np. Mo Williamsem i Willem Bartonem gdy wynik nie był rozstrzygnięty. Podobnie jeśli chodzi o połączenie któregoś z obwodowych z podstawowym wysokim.

Martwi fakt, że Blazers z Lillardem/Matthewsem na parkiecie byli mniej efektywni niż np. druzyna z Waszyngtonu odpowiednio z Wallem/Bealem. Co prawda nie była to znacząca różnica, podczas oglądania spotkania pewni żadna, ale to zawsze przewaga dla backcourtu Wizards w rozmowach: który obwód jest lepszy.

Co z matchupem z Rockets? To, że James Harden jest najlepszym rzucającym obrońcą w lidze, a Patrick Beverley oprócz super obrony rzucić do kosza też potrafi. Nie znaczy to jednak, że para Lillard - Matthews została pożarta. Fakt, że cała czwórka grała w drużynach z topową ofensywą i że ten atak dominuję filozofię obydwu zespołów pomaga szczegółowo porównać oba backcourty.

I tak; Rockets z Beverleyem i Hardenem na parkiecie byli zdecydowanie bardziej efektywną drużyna i rzucali więcej punktów per 100 posiadań. W tej drugiej statystyce (OffRTG) Blazers nie wypadli o wiele gorzej, bo Blazers z Lillardem i Matthewsem zajęli odpowiednio 7 i 10 miejsce. To też potwierdza fakt, że Rockets mieli lepszy atak od drużny z Portland.

Jak to wyglądało w Playoffach? Wydawać by się mogło, że wyrównana seria, która rozstrzygnęła się w sumie kilkoma punktami wpłynie także na podobne statystki obydwu drużyn. Nie do końca. W PO wyszło jak Patrick Beverley ofensywnie odstaje od całej trójki. Rockets rzucali więcej punktów bez Beverley'a na parkiecie i byli zdecydowanie słabszą drużyna bez Jamesa Hardena. Nie wystarczy napisać, że Harden ciągnął ich grę. On był ich atakiem.

Bo jak inaczej nazwać blisko 20 punktową różnicę pomiędzy Rockets z Hardenem na parkiecie, a bez?

Jednak to nie największa dysproporcja w tej parze. Wesley Matthews dawał Blazers to samo co w sezonie regularnym natomiast Damian Lillard był po prostu wow.

basketball-reference.com

To też dowód na to jak pomimo fantastycznej serii Aldridge'a Blazers byli uzależnieni od Lillarda. Nawet jeśli nie pokazują tego bezpośrednio podstawowe statystki takie jak: punkty na mecz, czy skuteczność. 

Kończąc. Backcourt Blazers na pewno znajduje się w Top10 obwodów ligi. Mamy z czego się cieszyć i oczekiwać stałego progresu, bo Matthews powinien pograć jeszcze 3-4 lata na podobnym a nawet wyższym poziomie niż ten z sezonu ubiegłego, a Damian Lillard swój prime ma jeszcze przed sobą. Oczywiście zakładając, ze obydwaj w Portland zostaną, ale dlaczego mają gdziekolwiek odchodzić?

2 komentarze:

  1. Anonimowy08:42

    Jak tam nasze chłopaki dziś? Coś cieniutko te 73 punkty wyglądają przeciwko Utah.

    K.

    OdpowiedzUsuń