9 sty 2016

Bez szans z mistrzami

 
Warriors (34-2) @ Blazers (15-24) 128:108
 
Po środowym proceduralnym qui pro quo, w wyniku którego CJ McCollum zmuszony był obejrzeć mecz z Clippersami z perspektywy ławki rezerwowych, dzisiaj "bliźniacy" znów zagrali razem. Trzeci ofensywny backcourt NBA, nie miał jednak szans w starciu z drugim. S. Curry, a przede wszystkim K. Thompson zdominowali wydarzenia na parkiecie , jak zwykli to czynić  od początku tego sezonu. Portland Trail Blazers przegrali trzeci mecz z rzędu przed własną publicznością, potwierdzając, jak wiele dzieli ich w tej chwili od czołówki NBA.


Blazers spudłowali pierwsze 8 rzutów. Skuteczność jest bolączką Portland od co najmniej trzech gier. Słabe wejście w mecz, było jedną z przyczyn porażek i z Grizzlies, i z Clippers. Damian Lillard pierwsze swoje punkty zdobył dopiero po 6 minutach. Później było już znacznie lepiej, bo trafił jeszcze 4 razy. Z  11 punktami na koncie był najlepszy wśród gospodarzy. Reszta tylko statystowała Po drugiej stronie szalał Thompson- 5 trójek,  7/9 z gry. Zdobył 19 punktów, tylko o dwa mniej niż cała ekipa Blazers. W przed meczowych zapowiedziach jednym z kluczy do sukcesu PTB widziano w zatrzymaniu rzutów trzypunktowych Warriors na poziomie <10. Tylko w pierwszej kwarcie goście trafili 8 razy, przy jednej celnej próbie Lillarda. To uczyniło ten mecz blow-outem od samego początku.
 
Portland miało tylko epizody przyzwoitej gry. Tak było, kiedy na początku drugiej kwarty Luke Walton posadził na ławce Curry'ego i Thompsona. Trójka Harklessa, jeden z nielicznych udanych jumperów McColluma i kontra Allena Crabbe'a przyniosły run 11:2. Osiem punktów straty, to było wszystko, na co  stać było dzisiaj  ludzi T. Stottsa. Kolejny dobry "moment", na otwarcie trzeciej kwarty, nie miał już większego znaczenia. Dwie trójki Lillarda, jedna McColluma, long-two Aminu oraz step-back Lillarda, zmniejszyły bowiem  dystans do "zaledwie" trzynastu punktów. Wystarczyło, że na chwilę odezwał się Thompson, najpierw z jumperem, a potem z ostatnią, siódmą już tego dnia trójką, aby przywrócić okrutny dla fanów Blazers porządek. Na osłodę stary, dobry Lillard, z najefektowniejszymi 3 punktami spośród 40, które uciułał tego dnia. Dodatkowo z 10 asystami na koncie, zrobił być może najmniej wartościowe double-double w dziejach Rose Garden.
 
Ostatni część gry rozpoczęła się wynikiem 106:87, a wszyscy oglądający to spotkanie po raz kolejny zastanawiali się dlaczego trener Blazers gra nadal   "bliźniakami". W każdym razie, prawe podstawowe zestawienie Blazers nie przeszkodziło, rzucić B. Rushowi czwartej trójki w meczu,  czwartej z tej samej pozycji, z lewego rogu parkietu, nie przeszkodziło też  M. Speightsowi na 8 punktów w 8 minut. Jakoś tak 5 minut przed końcem Stotts odważył się w końcu rzucić do boju Fraziera i Connaughtona.
 
Portland Trail Blazers wygrali, ciągnący się przez całą drugą połowę, garbage -time 58:54. Niestety  pierwszych 24 minut nie da się wymagać z protokołu. A to właśne wtedy pozwolono Warriors na blisko 60 %  FG, w tym  11 trójek. To wtedy ofensywa Blazers zależała, tylko i wyłącznie, od nienadzwyczajnej przecież skuteczności (6/13) Lillarda. McCollum- 9 i Crabbe z 8 punktami, to było o wiele za mało, aby przeciwstawić się Klayowi Thompsonowi. Dorobek punktowy z drugiej połowy miał już znaczenie czysto statystyczne, losy spotkania były przesądzone.
 
Może nie byłoby tak żle gdby  wysocy Blazers   kończyli skutecznie akcje spod samej obręczy. Nie pierwszy raz są lepsi od rywala w zbiórkach ofensywnych, ale  to, co Andrew Bogut robi z dziecinną łatwością, M. Plumlee, N. Vonleh, E, Davisowi jawi się na razie jako czarna magia. Szkoda, bo wobec dominacji GSW na obwodzie, skuteczna gra frontcourtu mogła być dla Portland jakąś alternatywną formą ratowania twarzy.
 
Skończyło się pogromem, ani przez chwilę nie można było mieć nadziei na optymistyczne rozwiązanie. Aby przeciwstawić się mistrzom NBA trzeba trafiać częściej niż raz na trzy próby, a ofensywa nie może opierać się na niestabilnej formie jednego gracza. Zwolennicy bicia się Blazers, za wszelką cenę- o playoffy, mogli się przekonać, jak dramatycznie  mogłaby wyglądać pierwsza runda przeciwko Golden State Warriors. W niedzielę do Portland przyjeżdżają K. Durant i R. Westbrook- obwodowi jeszcze skuteczniejsi, niż duet Curry-Thompson.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz