9 mar 2016

Home sweet home Portland



Wizards (30-33) @ Blazers (34-31) 109-116 (OT)

 

W końcu wrócili do siebie zawodnicy Blazers po wyczerpującej wycieczce po wschodnim wybrzeżu, gdy natknęli się na wzmocnionych i głodnych sukcesów graczy Wizz. Wall, Gortat i spółka wzmocnieni m.in. M. Morrisem gonią strefę play-off po słabej pierwszej części sezonu. Wszyscy chcielibyśmy, żeby ten pierwszy mecz po powrocie był lekki, łatwy i przyjemny. Nic bardziej błędnego - Waszyngton grał twardo, walczył dzielnie i postawił gospodarzom trudne warunki. Zamiast spacerku zatem ciężka bitwa zakończona dogrywką? Czemu nie, może nawet lepiej takie zwycięstwa wykuwać w boju. Znów wielki mecz zagrał Lillard - 41 pkt, 11 ast i zawładnął dogrywką. Jak na mr clutch przystało. 

Lillard i Plumlee na życzenie Stottsa ćwiczą pick&rolle i widać to było w pierwszej części spotkania. Niestety żaden nie zakończony sukcesem - Plumlee po zasłonie rolując do kosza gubi się będąc w ruchu z piłką w ręku  - albo niecelnie rzucał lay-upy, albo odgrywał do skrzydłowego, co i tak kończyło się niecelnym rzutem. Z kolei po zastąpieniu centra Leonardem widzieliśmy pic&pop grany przez Damiana z wysokim na szczycie, gdzie po zasłonie Meyers robi dwa kroki w bok i rzuca z półdystansu. Gdy na boisku pojawił się Davis pick&rolle grane z nim wyglądały z tych wszystkich zagrywek najlepiej. Ed Davis nie jest strzelcem ale nie gubi się będąc z piłką pod koszem tak jak Plumlee więc kilka razy lay-upował po zagrywkach z Lillardem granych w top-of-the-key. 

Wynik trzymały nam zatem akcje w ofensywie typu drive, pull-up jumper i daleki dystans. Wizards bardzo dobrze i wysoko bronili obwód, przecinając dwójkowe zagrywki i zasłony, nie było zatem bajecznego ruchu piłką.Wykorzystał to Henderson dwukrotnie zbiegając ze skrzydła pod kosz i nie napotykając obrońców wychodzących wysoko pakował piłkę do kosza. Zwłaszcza mogła podobać się akcja give&go grana z Edem Davisem. Zresztą to Henderson był bohaterem najciekawszego wydarzenia na parkiecie w pierwszej połowie, gdy odepchnięty przez Andersona nie dał sobie w kaszę dmuchać, a po uderzeniu go w twarz A.Anderson powędrował sobie już do szatni. I dobrze, jeden mniej.

Do przerwy wynik był wyrównany ale zaraz potem zaczęliśmy się denerwować bo Wizz osiągnęli dwupunktową przewagę. Zwłaszcza odpowiedzialny był za to dzisiaj śnięty Mikołaj McCollum - straty,  błąd 3 sekund w obronie, wolne tempo rozegrania. Bardzo podobała mi się reakcja Stottsa, który wpuścił Robertsa (a nie tylko w garbage time). B. Roberts gra mało, ale widać, że on ma pojęcie, o co w tej grze Kaman. Miał fajne wejście na 4 pkt w 6 minut. Myślę że mógłby grać częściej i odciążać Lillarda, a zwłaszcza CJ-a od klepania piłki. 

Blazers po zameldowaniu się na boisku Lillarda szybko otrząsnęli się z przewagi i odrobili straty, a nawet wyszli na niewielkie prowadzenie. Potem wynik już do końca regulaminowego czasu ocierał się wciąż wokół remisu. Dobre wsparcie punktowe Damianowi z ławki dali Henderson, Crabbe, Davis i Leonard. Plumlee zaplątany we własne nogi, Aminu znowu nie trafia i nie powinien kozłować, a Vonleh w tym minutach, które otrzymuje, widać że skupia się na efektywnej obronie i nie powiększa swego arsenału środków ofensywnych. Nie wiedzieć czemu nie zagrał dziś w ogóle Harkless. Zastanawiałbym się pomału nad przeorganizowaniem roli Aminu do jedynie zadaniowca wchodzącego jako plaster na najlepszego strzelca drużyny przeciwnej. Może bronić poz. 2,3 i 4. 

Końcówka była emocjonująca. Najpierw trafił Wall trójkę w sytuacji, gdy Blazers na własnej tablicy trzy razy nie mogli zebrać. 16 sec. do końca i dwa punkty straty. Wydawałoby się, że piłeczka pójdzie do Lillarda. Dostał ja jednak McCollum i przy pewnej pomocy obrońcy, który się potknął, trafił pull-upa. Uff, remis. 5 sek. do końca i Gortat rzuca w kierunku kosza, jednak na tyle nisko, ze kluczowym blokiem w tym meczu popisał się Henderson. Remis, dogrywka. 

W doliczonym czasie mecz przejął w ataku Lillard. Drivy i trójka z rogu przy wydatnej pomocy zbierającego w ataku Eda Davisa (15 zbiórek w tym 5 off ) załatwiło sprawę. Waszyngton zaciął się punktowo w dogrywce i mogli potem liczyć tylko na faule. Dwa razy piłkę u siebie zebrał Leonard i tego właśnie potrzebuje drużyna od gracza, który mierzy 7,1  feet. Świetnie zawalczył na desce przeciwnika Davis, a i Henderson wspomógł drużynę celnym pull-upem z mid-range.

Następny mecz to rewanż w Oakland,  gdzie już szykują na nas noże i siekiery natives z Oracle Arena. Myślę że powalczymy. 6 seed przed nami.







7 komentarzy:

  1. pdxpl07:30

    porażki jazz i mavs. kalendarz tych drugich dużo trudniejszy od Blazers. To 6 miejsce coraz bardziej realne;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Behemot09:03

      2 najbliższe mecze z nimi dużo wyjaśnią. Świetny mecz w Waszyngtonem. Myślicie, że powalczymy w Oakland?

      Usuń
  2. Wygramy na moj gust

    OdpowiedzUsuń
  3. stork13:48

    Nie możemy pozwolić Warriors na pobicie rekordu ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy13:54

    Wygramy bo będziemy grać small-ballem (pozdrawiam miłośników wysokiego Frontcortu :p)

    Ps. Co sie dzieje z Alexandrem? Bedzie gral? A jakies informacje nowe odnosnie Sandersa?

    Karol PTB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Behemot14:59

      Sanders szaleje na twitterze i na sugestie fanów różnych drużyn (m. in. Bucks, Grizzlies, Blazers) aby do nich dołączył odpisuje, że tego nie wyklucza pewnego dnia. Może Damian przekona go swoim rapem, niech stworzą duet ;)
      Są tu miłośnicy wysokiego frontcourt'u?

      Usuń
  5. pdxpl16:19

    Meyers przestawia Nene, ED zbiera Gortatowi wszystko sprzed nosa. Jak można nie lubić tego frontcourt'u;)

    OdpowiedzUsuń