2 mar 2015

Damian Lillard przejął mecz i Blazers wygrali w Sacramento


Kolejny mecz w Sac-town pełen nerwów, nierównej i brzydkiej koszykówki. Kings zagrali bez DeMarcusa Cousinsa, ale Blazers - wreszcie w pełnym składzie - przez trzy i pół kwarty męczyli się uciekaniem przed pościgiem Rudy'ego Gay'a i raz na jakiś czas go-to-guy'a pana busta Derricka Williamsa. Kings w pewnym fragmencie meczu zbliżyli się na jeden punkty, ale Blazers po nie tak dawnym choke'u przeciwko Memphis Grizzlies, tym razem byli solidni w ostatnich minutach spotkania.

Zaczęli od dogrywanie piłek do Wesley'a Matthewsa w post-up i rzucili 22 punkty w pierwszych 7 minutach wymuszając straty i penetrując pomalowane w kontrach pamiętając o czasach, kiedy przegrywali w tej hali. Często dostawali się na linię i trafiając rzuty wolne zrobili run 13-0 na 12 punktów przewagi już w połowie pierwszej kwarty.

Z drugiej strony Andre Miller nie-policzysz-ile-lat-na-karku, z ruchami i obawą, że ups zaraz może się rozsypać był za dobry w post dla Damiana Lillarda, dlatego Terry Stotts pod koniec pierwszej kwarty miał matchup Miller-Blake na pozycji numer jeden i każdy z nas chciałby się tak poruszać w tym wieku. Steve Blake najpierw trafił za trzy z lewego rogu, poźniej podał do rolującego pod kosz Aldridge'a i Blazers kończyli pierwszą kwartę z 34 punktami na 50% skuteczności i niezłą obroną na każdym graczu Kings potrafiącym zdobyć punkty.

Dużo post-up i dużo izolacji w tym spotkaniu dwóch drużyn z Top10 najczęściej grających tyłem do kosza zespołów, ale też dużo nieporozumień po stronie Blazers, Głównie z Arronem Afflalo. W drugiej kwarcie Kings pozbawieni jakiegokolwiek spacingu trafiali za trzy i zbliżyli się na 3 punkty. Meyers Leonard odpowiedział trójką, Arron Afflalo przechwytem, ale Andre Miller, a później Omri Casspi znowu wrócili ze swoją drużną do 3 punktów straty.

Wrócił Joel Freeland i od razu zagrał w ustawieniu Twin-Towers z Robinem Lopezem przeciwko wysokiej piątce Kings z trzema silnymi skrzydłowymi. Nie trwało to długo, bo Stotts wolał mieć pewniejsza opcję rozszerzającą pole gry głównie dla Damiana Lillarda, który nie grał pick-and-rolli, ale penetrował po zasłonach Lopeza i dostawał się na linię.

Zadebiutował Alonzo Gee i już w pierwszej akcji Derrick Williams uciekł mu w kontrze. Kings runem 7-0 po raz trzeci "wracali" do meczu. Stotts od razu rzucił go na głęboką wodę, do krycia Rudy'ego Gay'a, przepychającego się w post-up na lewym bloku i wymuszającego faule. Obrona sama w sobie była niezła, ale kończyła się stratą punktów z lini. Blazers po 24 minutach prowadzili 14 punktami i słabym flagrant faulem Robina Lopeza na Reggiem Evansie.

Po przerwie Kings próbowali podwajać Aldridge'a, który w pierwszej połowie zdobył 14 punktów z nieefektywnych 13 rzutów. Blazers ułożyli pod niego atak dostarczając mu piłkę do gry w post i kreując pozycje po jego odegraniach. Po usypiającej trzeciej kwarcie w czwartej wyszli lineupem z Leonardem i Kamanem pod koszem i czekałem na smallball w ostatnich 10 minutach spotkania, który jednak nie nastąpił.

Kings niebezpiecznie zbliżyli się na 8 punktów, a Blazers forsowali - po raz kolejny - grę w post-up jednego gracza. Chris Kaman nie trafiał, a ławka Blazers przez 40 minut zdobyła 17 punktów.

Po przerwie na żądanie Stotts wrócił do 3 z 5 starterów z Arronem Afflalo i Chrisem Kamanem prawdopodobnie szykując się na smallball, gdyby w końcówce coś poszło nie tak, w podobny sposób jak w meczach z San Antonio i Oklahomą. Kings po super posiadaniu w obronie prowadzącym do alley-oopa w kontrze i trójce Rudy'ego Gaya na 8:16, po runie 13-2 tracili do Blazers tylko jeden punkt.

Jednak Damian Lillard odpowiedział trójką i fade-awayem z prawej strony i karuzela kręciła się dalej. Andre Miller podawał, Chris Kaman rzucał i trafiał i Blazers w najbardziej hot fragmencie meczu prowadzili 6 punktami.

Wysokie show obrony pick-and-rolli Kings na 3 minut do końca prawie zatrzymało posiadanie Blazers, ale LaMarcus Aldridge miał wtedy jedną z swoich 3 ofensywnych zbiórek i ponowił akcję na 7 punktów przewagi. Zaczynaliśmy crunch-time? Nie.

Damian Lillard do ostatnich 3 minut meczu miał 27 punktów penetrując i trafiając to co zwykle trafia z dystansu.Najpierw na dwie i pół minut do końca ładnie wyszedł z podwojenia na lewej stronie podaniem do Lopeza, na 1:13 zaatakował kosz i zdobył 2 punkty ciężkim layupem, zamykając mecz i serię spudłowanych rzutów z obu stron. W samej końcówce gdy garbage-time stał się faktem Lillard w swoim czasie trafił fade-away'a w izolacji na prawej stronie. Zdobył 31 punktów z 20 rzutów, miał 7 asyst i tylko 1 stratę.

Wesley Matthews kilkadziesiąt sekund poźniej zaliczył efektowny blok na Ray McCallumie kończąc mecz z 17 punktami i 3-5 za trzy. Nicolas Batum po dwóch niezłych meczach zdobył tylko 2 punkty z 6 rzutów. Robin Lopez i Chris Kaman oddali aż 52 punkty w paint i ta para nie broni już tak dobrze jak w listopadzie czy grudniu. Ten pierwszy miał jednak bardzo dobry mecz w ataku na 15 punktów, ten drugi trafiał ciężkie rzuty z mid-range na 6 punktów. Obydwaj zebrali 11 piłek w tym 5 w ataku.

Łakwka Blazers zdobył 19 punktów... #willbarton

To trzecia wygrana z rzędu. Przed Blazers wyjazdowy marzec z ważnymi meczami w Los Angeles (Clippers, nie Lakers hehehe, już w środę), przeciwko Dallas i Houston w Rose Garden i pięciomeczowym tripem na wschodzie.

11 komentarzy:

  1. mnie się tam Gee w tym epizodzie podobał. dobrze/twardo staje w obronie, trafil trojkę. Wole jego niż Dorella" co by tu zrobić żeby się nie narobić" Wrighta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy20:05

      A ja wole wszystkich wraz z siedzacym T.Stotts-em, od czosnka Mayersa, na którego cześć nawet artykuł napisaliście ;-).

      Dorell mimo wszystko trochę więcej dobrego dla POR zrobił niż Myers, a na pewno dużo mniej złego niż on.

      No niestety, ławke mamy taka ch..., że będziemy sobie skakać do oczu ;-)!

      K.

      Usuń
  2. Pełna zgoda. Gee mi się podobał, a zupełnie nie podobał mi się Mr Meyers "daleko od koszy" Leonard. Co więcej, coraz mniej podoba mi się Kaman, a już ci dwaj panowie razem na parkiecie to powinni się pojawiać tylko podczas prezentacji...

    OdpowiedzUsuń
  3. I chwila refleksji... marzy mi się na środku w Portland ktoś taki jak H. Whiteside, A. Drummond lub D.A. Jordan - zakapiory, którzy wiedzą, o co Kaman pod koszem...

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy09:42

    Tylko pierwszy realny, pozostała dwójka niestety nie bedzie wystarczajaco tania :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Behemot09:58

    Mądry Polak po szkodzie powiedziałby: "trzeba było brać w drafcie Rudego Goberta". Też chciałem wtedy w pierwszej kolejności CJ'a, ale jak pomyślę, że dalej poszli Gobert, Giannis, a nawet Shroeder to trochę smutno. Whiteside obawiam się również dostanie w lato mega siano. Ciekawe, czy dałoby radę finansowo odpuścić Lopeza i Matthewsa, a podpisać Whiteside'a i Dannego Greena. To byłby inny zespół, ale chyba z większym potencjałem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:11

    Panowie skończmy sezon. Zobaczmy jak będzie. Może jeszcze będziemy mieli się z czego cieszyć w kwietniu i maju, a dopiero później dywagujmy kogo potrzebuje a kogo nie ten zespół.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Behemot10:19

      Jasne, takie tylko luźne myśli.

      Usuń
    2. Anonimowy10:33

      oczywiscie, ale lepiej pomalutku myslec o zblizajacym sie lecie, niz obudzic sie zlany potem w lipcu bez alternatywy za dwoch czolowych graczy. mysle ze w portland wlasnie to robia. na mala skale, w notesiku olshey zapisuje sobie ewentualne zastepstwa i wzomcnienia

      Usuń
  7. Dodajmy jeszcze, że Paul Allen to jeden z najbogatszych ludzi w USA i bogacz wśród właścicieli drużyn NBA (on i Steve Ballmer)...

    OdpowiedzUsuń
  8. W przyszłym sezonie nie płacimy już za Roya. Budowa mistrzowskiej drużyny wkroczy w ostateczną fazę.

    OdpowiedzUsuń