7 lut 2016

Teksańska masakra piłą RipCity ( z perspektywy Powiśla)


Blazers (25-27) @ Rockets (27-26) 96:79

W dzisiejszym odcinku... gościnnie Lucero: O tym , że w Houston nie ma co zjeść, nie ma gdzie wypić. O  atrakcjach stołecznego downtown, losach pewnego, wielce "odważnego" kuponu. W końcu o samym meczu, gdzieś z nadwiślańskicj skarpy;)

Tytułem wstępu w ramach wewnętrznej skromności. Przed sezonem w prywatnej wiadomości wysyłam w stronę NBA kilka słów prawdy o lokalizacji najbardziej wiernych kibiców PORTLAND i w zamian otrzymuje zapewnienie, iż dostaniemy kilka spotkań o normalnej porze do oglądania w Europie. Jedno z nich wypada na sobotę 6 lutego a przeciwnikiem nie kto inny tylko dobrze nam znane rakietki z Houston.

Jeżeli chodzi o Houston to wiele nie można tutaj powiedzieć z jakiejkolwiek strony. Kiedy odwiedzałem to miasto od razu zapadło mi w pamięci, iż jest jednym z najbardziej brzydkich w USA. Podobno samoloty do Portland wylatują tam zapełnione w 100% a wracają puste- dziwić się trudno, wystarczyłoby porównać kilka zdjęć owych aglomeracji. Z ciekawostek wspomnę tylko, iż w Portland zjedzenie śniadania to rzecz wręcz banalna- ot wychodzimy i mamy do wyboru kilkanaście miejsc na każdej ulicy. W Houston możemy sobie zjeść ale najwyżej śniadanie w MCD, jedne otwarta miejsce w promilu 10 mil od downtown wymusiło na mnie prawie godzinne oczekiwanie na kilka smażonych jajek. Jednym słowem dramat i w takim oto klimacie nie dziwi, iż do miasta udało się ściągnąć postacie kalibru Hardena oraz Howarda.

Nie można jednak odmówić Houston, iż frustracje związane z klimatem miasta próbują sobie odbić na pojedynkach z RipCity. Przeważnie niewiele im z tego wychodzi, co by wspomnieć chociażby bój z roku 2014, kiedy Lillard pokazał gdzie zaczyna się rap a gdzie kończy folkowa muzyka. Szkoda, iż LMA nie zdecydował się na wyjazd do Houston, ponieważ wtedy Rakiety byłyby z marszu najbardziej znienawidzoną przeze mnie drużyną w NBA

Wstęp jak zawsze zrobił się przydługi a mógłbym tak jeszcze pisać całą niedzielę.

Wracając jednak do wczoraj. Przyjazd na mecz do siedziby portalu wodaiogien.com miał być bezproblemowy pomimo konieczności sobotniego spotkania w Gdyni. Ot samolot ląduje na Okęciu o 22 a meczyk o 23. Niestety malutki problem zrobił się w momencie, kiedy okazało się, iż bilety owszem zakupione są, tyle tylko, iż trochę nie na ten miesiąc. W efekcie cały plan bierze w łeb a droga do Warszawy sprowadza się do przetestowania rozwiązań autostradowych w PL. Wspomnę tylko, iż w Houston też mają autostrady, aby już ich tak nie niszczyć po tym śniadaniu całkowicie. Krzywe, ale mają.

Tak więc budynki warszawskiego „downtown” oglądam na 30 minut przed pierwszym gwizdkiem, szybkie spojrzenie czy zwierzyniec domowy żyje, odpalam laptopa z wynikiem, aby pies z kotem przynajmniej wiedzieli w jakim nastroju wróci do domu ich Pan, szybkie odnalezienie koszulki Portland i jazda na Powiśle- Bastion Portland w Warszawie

Po drodze wypatruje jakiś fanów Houston przemierzających ulice, ale nie widać nikogo. Meldunek na Powiślu a tutaj brak głównego wodza, który kończy spotkanie towarzyskie w jednym z tutejszych barów. Moja teoria jest trochę inna i raczej zmierza do tego, iż patrolował on przyległe ulice w poszukiwaniu wrogich barw. Baranek jeden. W każdym razie bez śladów walki, za to najedzony i wesoły wraca do swojej redakcji, co oznacza, iż z lekkim opóźnieniem ale wchodzimy w spotkanie. Całusek od gospodyni „G” i zaczynamy
 
 

Szybkie pytanie o pierwszą piątkę i odpowiedź o grającym Harklessie. Trzeba powiedzieć, iż nasz Terry to jest jednak nieprzewidywalny gość- gość wypada z rotacji, aby za chwilę wchodzić w pierwszej piątce. Myślę, iż Moe jest w równie wielkim szoku. Informuje jeszcze redaktora, iż dzisiaj nie będą podawane Kraby, ponieważ się zepsuły. Szanse na wygraną minimalnie maleją, chociaż nikt takiego scenariusza nie bierze na Powiślu pod uwagę a już szczególnie piszący te słowa największy optymista w całym RipCity. W każdym razie mecz ten określany jest jako kluczowy w realizacji kuponu na mistrzostwo NBA.

Na pierwszy szok nie trzeba było długo czekać. Podanie trafia do Moe, który rzuca sobie łatwą trójkę na dzień dobry. W Houston dopiero się zorientowali, iż mamy takiego zawodnika. Walka zaczyna się na dobre, przez co okazuje się, iż pralinki przyniesione do pokoju telewizyjnego przez osobnika płci pięknej zniknęły w dosyć szybkim tempie. Człowiek nerwowy to i zajada szybko
 

Jedną z kluczowych kwestii jest konfiguracja oglądania spotkań Portland. Pojedynek z Toronto o 5 rano oglądamy w dwie osoby, tymczasem wspomniana trzecia smacznie sobie śpi. Jako, iż skończyło się to porażką to tym razem nie ma innej opcji tylko siedzimy w trójkę a wyjście do sypialni karane ma być chłostą. Trudno być partnerką fana Blazers. Jak pokazała jednak pierwsza kwarta taka konfiguracja wreszcie zaczyna działać. Mecz do pięknych nie należy, ale trzymamy bezpieczną przewagę. Przy okazji trzeba więc powiedzieć jasno- winną porażki z Toronto jest „G”
 

Cóż można powiedzieć o publice w Hosuton. No najlepsza to ona nie jest, ale gdybyście żyli w mieście gdzie nie da się zjeść śniadania to zapewne i Was dopadłaby atmosfera smutku i żałoby. Inaczej prezentuje się warszawskie Powiśle. Euforii przy prowadzeniu 20 punktami co prawda nie ma, ale humory dopisują. Pamiętajmy tylko, iż poprzedni pojedynek wyglądał podobnie a skończył się tragicznie
 

Przerwa w spotkaniu to czas na media społecznościowe i mały konflikt wewnętrzny po włamaniu się na konto naszej kochanej gospodyni. Sprawa zostaje szybko wyprostowana i całe USA mogą przekonać się, iż RipCity to nie tylko Portland.

Pierwsza minuta trzeciej kwarty to humorystyczne stwierdzenie naszego zdrajcy Drexlera, iż oto mamy inną drużynę Houston w tym meczu. Śmiejemy się dosyć długo, ponieważ za chwilę przewaga rośnie do 30 punktów a do rozgrzewki szykowany jest Kaman, który już do końca tego meczu będzie wypatrywany przez warszawskie Powiśle. Niestety bez skutku

„AL” przez cała drugą połowę drwi z poziomu tego meczu, przywołując tylko Hendersona, jako jedynego koszykarza, który mógłby sobie poradzić w PLK. Sporo śmiechu wywołuje oczywiście Moe, który w tym oto spotkaniu kilka razy przypomniał, iż wrzucenie piłki spod obręczy jest dla niego zadaniem zbyt trudnym. Jeżeli chodzi o „The Legend” to standard- kilka razy zasłaniam dłońmi twarz. Dziwne tylko, iż to wszystko dzieje się dalej przy 20-30 punktowej przewadze. Określamy Houston, jako najbardziej śmieszny team w NBA, zwłaszcza, iż goście prezentują jakiś zawodników z D-legaue, których nigdy na oczy nie widzieliśmy. Przypomina nam się nie wiedzieć czemu film Alvin i Wiewórki

Z rogu pokoju gospodyni „G” coraz częściej pyta o termin zakończenia tego pasjonującego widowiska, pomimo bezpiecznej przewagi dalej nie zapalamy jednak zielonego światła jeżeli chodzi o wyjście do sypialni. Rzucamy jeszcze żarcik, iż za chwilę oglądamy drugi ważny meczyk i do rana nie ma spania. Suma summarum jednak tuż przed godziną 2 w nocy spotkanie dobiega końca i w szampańskich humorach jedni idą spać a drudzy świętować zwycięstwo w „downtown” Warszawa.

Tak oto wielkimi krokami zbliżamy się do Mistrzostwa NBA 2016
 
Lucero


15 komentarzy:

  1. Behemot17:10

    Póki co to zupełnie do kitu te mecze o europejskiej porze. Albo mamy pecha i trafiamy na same łamagi (albo chwilowe łamagi, nie wiem), albo koszykarze zza wielkiej wody nie potrafią grać przed 21.00. Ciężko to się oglądało, humorystyczna relacja to jedyna jaką tu można było napisać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy18:08

    Dokładnie. Śmiechu co niemiara, ale suma sumarum, to Wy powinniście płakać, bo Rakiety zagrały chyba najgorszy mecz w tym sezonie, a Blazers jeden z najlepszych, a i tak to była padaka... Też humorystycznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Behemot19:22

      Blazers jeden z najlepszych? Błagam, grali słabo. Houston tragicznie.

      Usuń
  3. Sosna198221:46

    Ten kupon - pelen szacun!!!
    Pozycz chlopie troche tego optymizmu...

    OdpowiedzUsuń
  4. Behemot18:00

    Ciekawostka. Boston na ten moment ma następujące wybory w tegorocznym drafcie: 3, 19, 23, 31, 35, 49, 51, 57. Ainge musi zrobić jakieś wymiany, bo mu miejsc w zespole nie starczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby było ciekawiej to już teraz im się wszyscy gracze w drużynie nie mieszczą. Zbierali, zbierali a teraz będą się pozbywać albo marnować po prostu.
      Jednak podebranie od Nets picków pierwszorundowych za starych dzadków jest chyba jeszcze lepsze niż wymiana G-Forca za pick Lillarda.

      Usuń
  5. pdxpl21:43

    jeśli dzisiaj i Plumlee nie zagra, to otwiera się szansa dla Cliffa, chciałbym:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy07:53

    No i co mam napisać po dzisiejszym meczu? Wow czy Lol?
    Lecimy teraz z Hou! Szkoda., że Utah wszystko wygrywa. Widział ktoś, jaki mają terminarz?

    OdpowiedzUsuń
  7. Wygrana w Memphis, gdzie zawsze było nam ciężko! 2-1

    OdpowiedzUsuń
  8. Utah gra z Dallas i Orleanem
    Memphis pracuje solidnie nad włączeniem do listy znienawidzonych drużyn NBA
    HENDERSON!!!

    OdpowiedzUsuń
  9. Na razie wszystko prawie według mojego scenariusza :) tylko ten niefart z Toronto

    Swoja droga zejde na zawal. Ktos mi moze powiedziec kto rzucil na 110 punkt u nas, bo w transmisji jest luka

    I jeszcze jak trzeba faulowac aby byl flegrant? The Legend dostal za glupote a na Lillardzie oczywiscie luzik spoczko....

    OdpowiedzUsuń
  10. na 110? Lillard dwa osobiste na 109 i 110, a potem jeszcze Davis
    Leonard chyba dostał obustronny z Gasolem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy15:09

      Jeszcze nie oglądałem, ale Leonard do tego się idealnie nadaje.
      Sprowokować dobrego zawodnika przeciwnika, poszturchać się z nim. Wyautować jego i siebie samego...i się wtedy super mecz ogląda ;-).

      Karol PTB

      Usuń
  11. clydetheglide14:34

    Ceterum censeo Meyers Leonard musi odejść...

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy22:24

    Przypomina sobie tylko jeden głos przed sezonem, że będziemy w playofs...
    Mój!
    Często bywam na Powiślu...
    RIPCITIZEN

    OdpowiedzUsuń