31 mar 2016

Suns w Kozłach





Po spotkaniu Portland nie planowałem żadnych innych atrakcji sportowych w czasie tego wyjazdu,
oczywiście nie licząc transmisji telewizyjnych z RipCity, ale będąc w Chicago wyskoczył mi meczyk
Buck z Suns. Po prostu szlagier. Pretekst do odwiedzenia lubianego przez moją osobę Milwaukee zrobił się jednak idealny, zwłaszcza, iż podróż trwa tam max 1,5godziny. Jadę, chociaż nastawiam się, iż na samym meczu będę drzemał.

Z uwagi na konieczność odwiedzenia kilku sklepów z damskim ubiorem oczywiście w stronę Milwaukee wyruszam na styk, a tak naprawdę to mam się spóźnić może nie na sam mecz, ale prezentację to już na pewno. Jako, iż temat biletów mocno zagłębiłem w Portland jako sprzedający i kupujący to taktyka jest jasna- kupuje w ostatniej chwili, kiedy podobnie jak ja kilka dni temu spanikowani sprzedający będą obniżać ceny. Generalnie jednak w Milwaukee drogo nie jest, co też stanowiło argument, aby tam się udać. Na razie bilety oscylują w rejonie 30$ do 100$ w pierwszej linii sektorowej od parkietu, ale ta górna granica jest lekko naciągnięta (oczywiście są także przy samym parkiecie po 500-1000$, ale to już inna historia)

Jadąc wciąż czuwam na portalach. Pojawia się naprawdę fajna okazja. 40$ za miejsce zza koszem, ale w rzędzie numer trzy czyli generalnie tam, gdzie wpadają zawodnicy po szybszych dwutaktach.
Klikam, ale ktoś jest szybszy. I zaczynają się lekkie problemy. Bilety co prawda są, ale jak „nie urok to s…”. Problemem Milwaukee jest to, iż tutaj nikt nie jest chyba singlem. Wszystkie miejsca
sprzedawane są w pakiecie po 2 sztuki i to się już nie zmieni do samego meczu, chociaż bilety nie
schodzą. Muszę udać się na portal numer dwa a tam mam do wyboru trzy miejsca w dobrej lokalizacji  (7 rząd od parkietu) lekki skos- cena 20$. Biorę



Na mecz dojeżdżam idealnie 2 minuty przed oficjalnym rozpoczęciem. Nie marudzę przy szukaniu
parkingu, co podwaja koszt biletu niestety. W hali Kozłów już byłem przy okazji spotkania Portland i w sumie nic się nie zmieniło. Dla mnie to jest taki stary Stadion Śląski- trąci komuną. Dobrze, iż planują sobie wybudowanie nowego obiektu, ponieważ ten jest lekko dołujący. Prezentację zdążyłem
obejrzeć z innego miejsca i jak prawdziwy Amerykanin zamiast na mecz to idę po posiłek. Tuż po
pierwszym gwizdku melduje się ze słusznych rozmiarów colą oraz frytkami. W Moda Center
siedziałem u siebie już 60 minut przed rozpoczęciem meczu.

Miejsca bardzo fajne, dostawione krzesełka na tymczasem trybunie. Widok bardzo dobry, siedzę za
ławką gospodarzy więc sobie na nich czasami spoglądam. Hala na dolnych rzędach zapełniona w
około 80% na górnych może 30-40%. Jak na taki mecz chyba nie jest źle. Jak sobie przypomnę to przy spotkaniu z Portland było identycznie. Teraz jednak szok.





W wielu halach to nie byłem więc nie mogę powiedzieć, iż Milwaukee jest tutaj pionierem, ale….

Goście mają kikolski sektor. Poważnie. Za jednym z koszy stoi ze 100 chłopa i prowadzą regularny
doping. Może nie jest on zbyt skomplikowanym, ale i tak szacunek. Jest „młynowy” mają jakieś flagi
nawet. Reszta publiki smętna na maksa. Do RIPCITY to nawet nie ma co porównywać, może dlatego my nie możemy tankować bo energia tego miasta jest całkowicie inna niż w Milwaukee. Gdybym tam grał też by mi się chyba nic nie chciało. Jak zawsze największy doping mamy w momencie zdobywania rzucanych przez dziewczyny koszulek. Wtedy jest wrzask niemiłosierny. Gdyby takowy był w czasie meczu to drużynie przeciwnej mogłoby się grać naprawdę nieprzyjemnie. Napisałbym, iż piknik totalny, że każdy coś zajada, no ale ja tym razem też zajadam.



Mecz niezbyt mnie wciągnął, kibicowałem Suns bo ciągle przegrywali, chociaż tak ogólnie to ich raczej nie cierpię. Dogrywka jednak mało mi pasowała, więc Suns się sprężyli i mecz przegrali, jak się jednak ma z 25 strat to z czym do ludzi. Z akcentów RipCity to mieliśmy na boisku Plumlee oraz Watsona trenera Suns. Generalnie bardziej obserwowałem tablicę z wynikami, gdzie mieliśmy mecz Dallas oraz Memphis a za chwilę do gry wchodziło UTAH a u mnie bateria w telefonie poszła spać. Z akcentów kibicowskich szacunek też dla jednego z kibica Suns siędzącego blisko mnie- gość przeżywał mecz po swojemu, prawie jakby Suns grali o play-off. Po zakończeniu spotkania chodzę sobie jeszcze praktycznie po parkiecie, patrząc na prezenterkę FOX, udzielającego wywiadu
Okaloptikocostamgreka i inne osoby z obsługi widowiska.

Nie wiem czy było warto, ale zawsze to jakieś przeżycie. Jak nie gra Portland to jednak NBA mnie
wielce nie pociąga. Atmosfery w Milwaukee nie ma żadnej, 10% energii RipCity. Zobaczycie, że oni
długo nic nie osiągną.

 
 

Wracając jeszcze emocje w UTAH, przez co podróż mija całkiem szybko a przy wieczornym piwku
spoglądam na przegrywające w LA MIAMI.

Lucero

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz