11 kwi 2015

Witamy w Portland!



Lucero

AMTRAK 

Ostatnia część mojej relacji zakończyła się przy wejściu do pociągu relacji Seattle -> Portland. Przypominam, iż opóźnienie już na starcie sięgnęło godzinki, co oznaczało przyjazd do Portland około 3 godziny przed meczem. Niestety okazało się, iż Amtrak miał właśnie szkolenia przeprowadzone przez nasze PKP, które przywiozło filmik utrzymania trasy Warszawa-Łódź. Ledwo ruszyłem to już się zatrzymałem, przy czym patrząc na postęp podróży raczej ten proces nie był wliczony w czas przejazdu. O ile pierwsze takie przypadki jeszcze traktowałem jako okazję do zwiedzania naprawdę fajnych widoków za oknem, to już mniej więcej od połowy trasy moje zaniepokojenie rosło i to zdecydowanie. Ostatnia godzina podróży to już siedzenie na głowie konduktora, który ciągle dzwonił do maszynisty, aby dowiadywać się o postępach w zmianie świateł na zielone. Suma sumarum opóźnienie sięgnęło 2,5 godziny, co oznaczało, iż Portland ujrzałem na 90 minut przed pierwszym gwizdkiem w Rose Garden.

WITAMY W PORTLAND 



Pierwsze wrażenie przy wyjściu z Amtraka? Hmmm. Jakaś ta stacja taka mała, perony jak na starszych polskich dworcach, wejście do poczekalni podświetlone małym neonem, a zmierzamy do niego po torach. Powiem szczerze, iż wrażenie takie sobie, jakbym wyszedł z dyliżansu i zaraz miał wejść do miasteczka z trzema domkami. Sam budynek stacji prezentuje się bardziej okazale, ale o tym, że ma super klimat dowiedziałem się później. Teraz celem było szybkie zakwaterowanie i ucieczka na mecz. 

Na szczęście mój wspaniały motelo-hotel za 100$/noc jak już pisałem znajduje się jeden przystanek tramwajowy od stacji a przy okazji jakieś dwie-trzy minuty od hali TrailBlazers. Szybkie zakwaterowanie, przełykam pigułkę podpisując rachunek, przebieram się w barwy czarno-czerwone i obieram kierunek wiadomy.

BLAZERS-WOLVES 

Wiem, że każdy czeka na tę część, ale w sumie nie mam aż tak wiele do napisania… Oczywiście podekscytowanie przy podejściu pod halę spore, ale jako, iż to mój kolejny mecz NBA to aż tak wielkiego „bummm” nie ma. Spoglądam na szczegóły, jakie kto ma koszulki, kto mniej więcej zmierza do hali itd. Tutaj muszę powiedzieć, iż wygląda to naprawdę fajnie dla fana Portland, wszyscy praktycznie bez wyjątku na czarno-czerwono, przy czym mi się najbardziej podobają wszelakie koszulki z logiem Rip-City.

Wejście bardzo sprawne, na wejściu otrzymujemy program, hala można powiedzieć, iż amerykański standard. Kilka sklepów z oficjalnymi gadżetami klubowymi, oprócz tego głównie jedzenie, chociaż muszę powiedzieć, iż bardziej wyrafinowane, niż w innych halach. Można naprawdę zjeść w miarę ok, chociaż ceny są dosyć wysokie. Ja z uwagi na brak czasu na stanie w kolejce decyduje się na kawałek pizzy oraz piwko - łącznie 15$. 



Tłum powoli coraz większy, nagle całkiem porządny doping - to nasze tancerki oraz podrzucający je faceci idą korytarzem. Tłum się podłącza i wygląda to całkiem fajnie. Takie akcenty mi się najbardziej podobają. Trochę trwa zanim odnajduje swoje miejsca w sekcji 200, ponieważ wejście do niej jest tylko jednymi schodami. Na każdym etapie sprawdzane są bilety, więc generalnie raczej nie ma wielkich szans kupić tańszy bilet a zasiąść przy parkiecie. 


Sektory 200 zakładałem, iż są troszkę bliżej parkietu, ale nie jest źle. Widoczność bardzo dobra, chociaż chyba mogłem dołożyć 40$ i być w sektorach 100. Hala zapełnia się i na samym meczu jest wypełniona według mnie w 90-95%. Przy poprzednich widokach z Milwaukee czy Indiany jest naprawdę nieźle. Obecny jest znany Free Throw Man za jednym z koszy, który jak zawsze wyskakuje przy osobistych, jest generalny manager Blazers.

Przed spotkaniem uroczystość którejś rocznicy pracy naszego lekarza, prezentacja TrailBlazers standardowa, ale oczywiście całkiem miła no i zaczynamy meczyk, którego nie będę opisywał. Kilka szczegółów:
  • Po każdym rzucie mamy multimedialne wstawki dla rzucającego zawodnika. Muszę powiedzieć, iż animacje dla L-Traina były naprawdę udane i dodawały kolorytu.
  • Doping taki sobie, ale mecz był powiedzmy sobie szczerze także niezbyt dobry, aby wydzierać się DEFENSE!
  • Największy według mnie plus - każdy mniej więcej ogląda mecz a nie skupia się na jedzeniu i piciu. Dodatkowo nie mamy nachalnego marketingu w tym względzie. Na meczu w Chicago, to myślałem, iż jestem na targu a nie spotkaniu NBA.
  • Publika jakby taka bardziej inteligentna a nie rzucająca się na każdą rozdaną koszulkę, jakby to był cel życia.
  • No dobra były „frytki”- mniej więcej od wyniku 97 punktów to motyw przewodni. Non-stop na ekranie Dorell Wright uśmiechnięty wącha cudowny produkt McD, dwa punkty później Batum przekonuje, iż amerykańskie jedzenie jest najlepsze a po zdobyciu setki wyskakuje uśmiechnięty Iron Man no i wtedy to już ryk. Przez te animacje to nie obejrzałem z dwoch minut meczu.
  • Główny problem jaki miałem na spotkaniu to brak kontroli wyniku. Skupiony na pojedynczych akcjach często łapałem się, iż nie wiem jaki jest stan pojedynku. 
  • Mecz mija około 10 razy szybciej niż w domu przed TV, przerwy jakoś nie dłużą, czasy także. 

Generalnie muszę stwierdzić, iż atmosfera mnie nie rozczarowała. Na bardziej emocjonujących spotkaniach tutaj musi być kocioł. 

Po meczu wchodzę do sklepu i kupuje kilka pozycji. Oczywiście mamy wszystko od breloczków, parasolek, namiotów do koszulek, dresów itd. 

No i to wszystko. Tyle czasu, podróży i czas w Rose Garden minął tak, jakby to było 5 minut 

WE ARE RIP CITY 



Jeszcze po meczu idę coś zjeść a więc jest okazja do pierwszego spojrzenia na miasto. Uwaga oświadczenie: Portland to nie jest Amerykańskie miasto, to bardziej taki jakiś Hamburg albo coś w tym stylu. Pierwsze kroki trochę na ślepo więc zasiadam w pierwszym otwartym barze. Po drodze cisza i spokój, ale także w oczy rzuca się czystość i zieleń. Jutro będzie czas to wszystko sprawdzić a przypominam, iż wieczorkiem kolejny mecz tym razem z Golden State Warriors.

Ranek: na razie mgiełka, ale deszcz nie pada. Dwie godziny później wychodzi słońce i już towarzyszy mi do końca dnia. Tak samo zresztą będzie dzień później. 


Moje pierwsze wrażenie po wyjściu z pociągu były takie sobie, ale to szybko, ale to bardzo szybko się zmienia. Jest pięknie. Owszem zabudowa jest dosyć niska, to nie jest downtown takie jak w Minneapolis nie mówiąc już o Nowym Jorku czy Chicago, ale jak dla mnie to tylko plus. Dla nas ważnym elementem są także tramwaje, które okalają całe miasto. Człowiek naprawdę czuje się jak w Europie. No i rowery. Każdy śmiga na rowerach a miasto to jedna wielka plątanina ścieżek rowerowych. 


Miasto ma niepowtarzalny klimat, który mnie wciąga już od samego początku. Owszem może jest trochę senne, ale niezwykle przyjazne. Generalnie po dwóch godzinach czuje się, jakbym tutaj mieszkał 10 lat. Po śniadanku w jednej z knajpek ruszam do parków przy rzece, a stamtąd celem jest kolejka linowa będąca jednym z wyróżników Portland. Wszędzie zielono, czysto no i podobnie jak w Seattle nie chodzi się na czerwonym świetle. Każdy tego przestrzega więc i ja przestrzegam.


Owa kolejka linowa jakąś wielką atrakcją nie jest, służy bardziej do komunikacji między położonym na wzgórzu kompleksem szpitalnym, a podobnym ośrodkiem na dole. Muszę przyznać, iż miejscówka do pracy (szczególnie ta na górze) jest rewelacyjna, ale do lekarza mi dużo brakuje. Wszyscy uśmiechnięci, miasto żyje na totalnym luzie w czym pomaga jego urbanistyka z głównym elementem zieleni.

Wracam do centrum i odkrywam nową specyfikę Portland - jedzenie uliczne. Mamy tutaj kilka placów na których zlokalizowane są budki a’la nasze budki kempingowe. Tyle tylko, iż tutaj oczywiście jest wszystko, znalazłem także nasze pierogi, bigos itd. (ale nie próbowałem). Zajadam najlepsze kalmary w moim życiu siedząc sobie w położonym obok parku, gdzie dodatkowo jest darmowe Wi-Fi i ten proces będę już powtarzał do wyjazdu. Wygląda jakby tak żywiło się 50% tutejszej ludności. 
 
Powtarzam jeszcze raz - jestem zachwycony tym miastem 

GSW-PORTLAND 


No, ale wieczorkiem mecz. Z braku innych pomysłów przypominam sobie o filmiku z ostatnich play-off, gdzie cały bar szaleje po rzucie Lillarda. Okazuje się, iż to Buffalo Wings, które odnajduje i tam zamierzam spędzić wieczorny mecz. Do meczu jednak jeszcze kilka godzin idę więc do kolejnej części miasta. Jeżeli centrum jest w miarę zielone to tam było już totalnie przepięknie. Dlaczego ja tutaj nie zamieszkałem????? 


Atmosfera trochę inna niż w centrum, widać, iż wszyscy się mniej więcej znają i to jeszcze bardziej wzmacnia jedność. Rip-City to nie tylko slogan. Oczywiście pojawiają się szybko inne możliwości spędzenia wieczornego meczu, ale piwkuje na razie tylko przy spotkaniu Chicago - Miami i wracam do wspomnianego Buffalo Wings. Tutaj jednak bar już zajęty, a jakoś przy stoliku siedzieć nie chciałem. Jako, iż do meczu 40 minut to wracam do poprzedniej dzielnicy (zwanej alfabetem). Tutaj zasiadam w barze i jak dla mnie to było o wiele większe przeżycie niż mecz w Rose Garden.

Cały bar, to skupisko fanatyków. Każdy kosz, to jeden wielki ryk radości, emocje wypływają z każdego gardła więc oczywiście i ja drę się jak drę się, a także przy kilku decyzjach sędziowskich szkolę pub z podstawowych słów używanych w Polsce. Atmosfera niesamowita, takie angielskie puby piłkarskie. W drugiej kwarcie kelnerki rzucają się na szyję z radości, jacyś studenci wchodzą na stoły, pełne gwizdy przy akcjach Warriors już nie wspomnę o trafianych trójkach potrawy indyjskiej Curry.


Oczywiście skończyło się, jak się skończyło, ale było pięknie. Jedność, wiara w drużynę, emocje jak nie u Amerykanów, jakbym miał wybierać to chciałbym być tutaj a nie w Rose Garden na najważniejszych pojedynkach 

Ostatni dzień w Portland mniej więcej analogiczny, tylko bez meczyku. Piękna pogoda, piękne miasto szkoda wyjeżdżać. 

 














1 komentarz:

  1. pdxpl13:27

    Jak ja ci zazdroszczę!!! zawsze czułem,że Portland musi być wyjątkowym miejscem. Dzięki za rewelacyjne relacje . Do zobaczenia w Polsce;)

    OdpowiedzUsuń